"Stuart nie ratuje wszechświata" wprowadza nas do nietypowej rzeczywistości, którą zna każdy fan "Teorii wielkiego podrywu". Serial przyjmuje formę komediowej karykatury science fiction, gdzie znany z pierwowzoru właściciel sklepu z komiksami, Stuart Bloom, zostaje postawiony przed zadaniem, które z pewnością przewyższa jego możliwości i oczekiwania.
Cała lawina zdarzeń rozpoczyna się, gdy niefrasobliwy Stuart przypadkiem niszczy urządzenie skonstruowane przez Sheldon Cooper i Leonarda Hofstadtera. W efekcie beztroski ten akt prowadzi do niespodziewanej apokalipsy multiwersum — ciągu alternatywnych rzeczywistości, składających się na kosmiczną lawinę problemów. Każda próba naprawy katastrofy, jaką wywołał, okazuje się bardziej zawiła niż mogłoby się pierwotnie wydawać.
W tej absurdalnej podróży towarzyszą mu, niestroniąca od sarkazmu, jego dziewczyna Denise, geolog Bert o nieoczekiwanych umiejętnościach oraz nieco irytujący, ale nieodzowny Barry Kripke, specjalizujący się w fizyce kwantowej. Stanowiąc nietypowy zespół ratunkowy, nasi bohaterowie zmierzają się z alternatywnymi wersjami samych siebie oraz przyjaciół, których indywidualności są nieco inne niż to, co zapamiętaliśmy.
Mimo że serial oferuje powrót do ulubionych postaci "Teorii wielkiego podrywu", zarówno poprzez różnorodne cameo, jak i alternatywne rzeczywistości, to całość spotyka się z mieszanymi reakcjami. Z oceny 6 na portalu filmowym wynika, że produkcja spełnia niektóre oczekiwania widzów, dostarczając dawki humoru i nostalgii, jednak nie każdemu przypadają do gustu innowacje fabularne czy brak klarownego kierunku akcji. Tytuł "Stuart nie ratuje wszechświata" zdaje się doskonale odzwierciedlać przekorne podejście twórców do konwencji bohaterskiej opowieści — nie dając obietnicy heroicznego sukcesu, co czyni serial celowo niedoskonałym, ale i przez to unikalnym doświadczeniem dla miłośników absurdalnego humoru.